Karta SD i jej formatowanie w Mac OS może być źródłem problemów. Sam kilka razy miałem kłopoty. Oczywiście jeśli stosujemy standardowe rozwiązania i mamy kartę sformatowaną dla systemu MS-DOS (FAT), tudzież dla typowego Mac OS Extended (Journaled) to raczej nie napotkamy na żadne przeszkody. Czasami jednak, zwłaszcza gdy zamierzamy testować np. Raspberry Pi, musimy zmierzyć się z innymi systemami plików. I nie chodzi w tym przypadku o zakładanie i konfigurowanie tychże, ale o przygotowanie karty do pracy, czyli usunięcie w pierwszym kroku wszystkich partycji z dostępnej przestrzeni. Niestety, bez tego często nie jesteśmy w stanie korzystać z SD. Wiem, że brzmi to co najmniej dziwnie, ale sam miałem takie problemy.
Jak sprawdziłem najszybszą niezawodną metodą jest skorzystanie z wbudowanych narzędzi systemowych. A więc czas uruchomić terminal. 😉
Jednym z najbardziej pożytecznych i skutecznych narzędzi jest diskutil. Program ten pozwoli nam na wyświetlenie zawartości karty SD:
$ diskutil list
Otrzymamy nazwy urządzeń (np. disk2 lub disk3) z przypisanymi partycjami. Z wyświetlonych informacji można łatwo wywnioskować, które urządzenie to karta SD. Zakładając, że jest np. disk2, możemy przygotować kartę do pracy z Raspberry Pi:
Na tym jednak nie koniec. Wracając do głównego wątku, możemy również dosłownie wyzerować kartę SD. W tym celu najpierw powinniśmy odmontować urządzenie:
$ diskutil unmountDisk disk2
A potem usunąć jej zawartość:
$ diskutil zeroDisk disk2
Lub inną metodą:
$ diskutil randomDisk disk2
Warto wspomnieć, że opisana komenda sprawdza się również w przypadku pamięci USB, dysków twardych itd. Trzeba jej jednak używać bardzo ostrożnie, i chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.
Czasami zdarza się sytuacja, która zmusza nas do zrównania serwera z ziemią – mam na myśli czyszczenie dysków twardych. Powodów może być wiele, np. zwrot do dostawcy wynajmowanego zdalnego serwera fizycznego itp. Tak czy inaczej lepiej nie oddawać swoich danych. O danych innych użytkowników, ze względu na przepisy RODO, mogę nawet nie wspominać.
Jeśli sprzęt stoi pod ręką to zwykle nie problemu – chociażby ze sformatowaniem dysków. Możemy je nawet wyjąć i zabezpieczyć. Co zrobić jednak kiedy nasze zasoby są zainstalowane w centrum danych a jedyną możliwością jest połączenie zdalne. Nie ma nawet dostępu do konsoli. Wiem, że wielu osobom może wydawać się prawie niemożliwe, ale jednak tak bywa. Nawet w dzisiejszych czasach. Uściślając jedyną metodą dostępu pozostaje terminal SSH.
Po zabezpieczeniu/skopiowaniu danych, o czym musimy zawsze pamiętać, możemy przystąpić do dzieła zniszczenia, chodzi o czyszczenie dysku twardego. Na początek warto wspomnieć, że większość systemów linuksowych w lokalizacji:
/dev/shm
udostępnia dysk RAM. Jest to dobre miejsce na skopiowanie narzędzi, do których nie będziemy mieć dostępu po skasowaniu danych np. ls. Następnie powinniśmy zabezpieczyć dostęp do procesów czyli wykonać następujące komendy:
mkdir /dev/shm/proc mount -t proc proc /dev/shm/proc
Tak przygotowani przystępujemy do ostatniego nieodwracalnego zestawu kroków.
Najpierw odmontowywujemy wszystkie niepotrzebne partycje. Potem, jeżeli używamy macierzy RAID, to powinniśmy odmontować wszystkie dyski poza bieżącym (de facto należy je wyczyścić oddzielnie). Wreszcie zmieniamy katalog na dysk RAM i wpisujemy:
shred -n2 -z -v /dev/sda
W wyniku działania aplikacji shred usuniemy zawartość dysku sda. Komenda zapisuje losowo bity na /dev/sda, w dwóch pełnych przebiegach (-n2), a następnie wykonuje końcowy przebieg zerami, dzięki czemu dysk wygląda na idealnie czysty (-z). Ostatnia opcja (-v) posłuży do zwiększenia poziomu szczegółowości logów wyświetlanych na ekranie podczas wykonywania polecenia.
Routery Mikrotik na przestrzeni 20 lat zdobyły ogromną popularność. Sam byłem bardzo zaskoczony gdy dowiedziałem się, że ta litewska firma zatrudnia ponad setkę pracowników i jest notowana wśród 20 największych biznesów w swojej ojczyźnie. Można powiedzieć, że jest to przykład dużego sukcesu w dziedzinie, która dla wielu z nas nie istnieje ze względu na aktualną modę na serverless business oraz rozwiązania chmurowe.
Jedną z cech urządzeń Mikrotik, które mnie osobiście przekonała najbardziej jest możliwość szybkiego i łatwego skonfigurowania zestawu serwerów VPN, od najprostszego PPTP począwszy po OpenVPN czy L2TP. Nie ukrywam, że od wielu lat, z różnych względów moim faworytem jest właśnie ten ostatni protokół. W artykule nie chciałbym jednak skupiać się na opisie jego budowy za pomocą MikrotikOS, a bardziej na kliencie VPN L2TP.
Wspomniany klient jest zazwyczaj dostarczany w postaci natywnej razem z systemem operacyjnym. Jak go skonfigurować można dowiedzieć się bezpośrednio pod linkiem https://tinyurl.com/m8ytljr. Powinien działać od razu. Jednak po kolejnych aktualizacjach systemu Windows 10 pojawiły się problemy ze stabilnością połączeń L2TP. Przez dłuższy czas użytkownicy odwoływali się do różnych trików. Jedne były bardziej a inne mniej pomocne i skuteczne. Tymczasem ostatnio pojawiło rozwiązanie potwierdzone jednoznacznie przez Microsoft TechNet.
Aby zapewnić sobie prawidłową konfigurację połączeń L2TP VPN w windows 10 należy skorzystać z edytora rejestrów systemowych i znaleźć klucz:
Następnie tworzymy nową zmienną typu DWORD (32-bit) Value oraz nazywamy ją AssumeUDPEncapsulationContextOnSendRule. Aby zastosować omawianą łatkę należy jej nadać wartość 2. Ostatnią czynością będzie nieśmiertelny restart systemu Windows w celu załadowania nowych, poprawnych ustawień. Ta prosta czynność ułatwi nam nieprzerwaną pracę w sieci opartej o VPN typu L2TP.
W dzisiejszych czasach wykonywanie testów penetracyjnych jest, lub przynajmniej powinno być, elementarzem każdego administratora, który zarządza siecią z serwerami obsługiwanymi przez innych użytkowników. Doświadczenie uczy, że pomysłowość ludzka polegająca m. in. na pozostawianiu niezabezpieczonych usług, skonfigurowanych niepoprawnie aplikacji itp. jest praktycznie nieograniczona. Niestety sieć jest tak bezpieczna jak jej nasłabszy punkt. Dlatego chciałem napisać parę słów o dosyć popularnym i prostym w obsłudze narzędziu jakim jest OpenVAS.
Większość popularnych dystrybucji Linuxa posiada gotowe paczki do instalacji. W Debianie 10 Buster (jak do tej pory ostatnim) nie trzeba nawet wspomagać się dodatkowymi bibliotekami, wystarczy wydać polecenie:
apt-get install openvas -y
Po kilku lub kilkunastu minutach, w zależności od stanu łacza internetowego, cały pakiet zostanie zainstalowany i można przejść do jego konfiguracji:
openvas setup
Aplikacja rozpocznie pobieranie aktualizacji z 3 źródeł – NVT, Cert Data i SCAP Data, tak abyśmy mieli dostęp to świeżego zestawu testów, czyli tak naprawdę np. najnowszych definicji dotyczących exploitów, opisanych zagrożeń itp. Całość trochę potrwa i na koniec zostaniemy poinformowani o sukcesie (mam nadzieję) oraz co najważniejsze wyświetlone zostanie hasło dla administratora usługi. Hasło w zasadzie jest jednorazowe i należy je zmienić od razu po pierwszym zalogowaniu, tym bardziej, że nie jest wygodne do zapamiętania.
OpenVAS jest obsługiwany za pomocą przeglądarki internetowej. Domyślnie skonfigurowany jest tylko dostęp lokalny. Może to stanowić pewne utrudnienie, szczególnie w sytuacji gdy korzystamy z serwera bez środowiska graficznego. Dlatego powinniśmy sprawdzić adres IP swojego serwera:
ip a
Następnie trzeba wedytować 2 pliki konfiguracyjne:
Po raz pierwszy od 3 miesięcy postanowiłem napisać krótki wakacyjny wpis jako podsumowanie letniego okresu. Chociaż podsumowanie nie będzie tu najlepszym określeniem. Chciałem po prostu zamieścić przynajmniej jeden wpis podczas wakacji 2019 (np. dotyczący popularnej komendy telnet).
Ponieważ nie można tak od razu rzucić się na pracę, tym razem kilka krótkich akapitów o narzędziu telnet. Już ponad 20 lat używam go w codziennej pracy. Powszechnie wiadomo – jest niebezpieczne, powinniśmy go unikać jak tylko można, ale w zasadzie do sprawdzania otwartych portów na zdalnych hostach jest najszybsze. Zapewne większość administratorów używała nie raz polecenia:
telnet host.remote.net 80
żeby sprawdzić czy działa serwer stron www. Komenda ta zadziała nawet jeżeli firewall blokuje pakiety ICMP czyli jeżeli w wyniku:
ping host.remote.net
otrzymamy odpowiedź typu „host jest nieosiągalny”.
W najnowszych wersjach systemów Windows a dotyczy to zarówno stacji roboczych jak i serwerów, ze wspomnianych względów bezpieczeństwa nie ma już komendy telnet. Można ją oczywiście różnymi sposobami doinstalować, jest nawet całkiem sporo poradników typu how-to w sieci. Jednak skoro Microsoft zadecydował, że coś jest niebezpieczne to może znajdzie się alternatywa.
Okazuje się, że wraz z rozwojem środowiska PowerShell, Microsoft dorzuca nam z każdą wersją ciekawe narzędzia. Jednym z nich jest program Test-NetworkConnection. Jeżeli uruchomimy PowerShell w naszym systemie to całkiem spokojnie możemy go wypróbować. A ponieważ parę akapitów wcześniej wspominałem o telnet, to spróbujmy użyć TNC właśnie w taki sposób:
tnc host.remote.net -port 80
Wynikiem będzie raport z ostanią linijką zatytułowaną TcpTestSucceeded. Parametr ten przyjmuje wartości true/false i funkcjonalnie odpowiada staremu dobremu połączeniu za pomocą telnet. TNC ma oczywiście multum innych opcji i serdecznie zachęcam do zapoznania się z dokumentacją.
Być może obecnie nie jest to specjalnie popularne, ale dawno, dawno temu jednym z parametrów świadczących o stabilności serwera i zarazem o zdolnościach jego administratora był tzw. uptime. Żyjemy w czasach gdy aktualizacje systemowe bardzo często wymuszają restart całego systemu. Niestety nie dotyczy to tylko serwerów Windows, co kiedyś było głównie ich domeną, ale również serwerów opartych o jądro Linuxa. Często tego typu działania kończą się wyzerowaniem licznika serwera i wspomniany uptime rozpoczyna zliczanie od początku.
Stare nawyki jednak pozostają na trwałe w pamięci i o ile dla Windowsów przestałem się wogóle przejmować ponownym uruchamianiem systemu, o tyle w przypadku ulubionego Debiana za każdym razem ręka drżała jeśli po aktualizacji pojawiał się komunikat o nowych bibliotekach systemowych czy o zgrozo nowej wersji jądra.
Tak było przez kilkanaście lat. Po prostu uznałem, że tak musi być i za każdym razem wolałem dla świętego spokoju zrestartować system. I nagle w zeszłym tygodniu, przy okazji serii aktualizacji serwerów, pojawiła się myśl, że być może są jakieś narzędzia, które podpowiedzą czy na pewno muszę tracić licznik uptime. Okazało się, że jak najbardziej można sobie pomóc. W końcu to Linux.
Pierwsza metoda jest niezwykle prosta. Po każdej aktualizacji należy sprawdzić czy w określonym miejscu pojawił się plik systemowy o nazwie reboot-required. Wygląda to następująco:
$ ls /var/run/reboot-required
Jeśli otrzymamy wynik pozytywny to oczywiście musimy ponownie uruchomić serwer.
Druga metoda polega na zainstalowaniu narzędzia o nazwie needrestart.
$ apt-get install needrestart
Różnica polega na tym, że w wyniku jego działania np. po ręcznym wywołaniu komendy, otrzymamy pełen raport dotyczący nie tylko zrestartowania systemu ale również usług, które należy uruchomić ze względu na nowe wersje bibliotek systemowych. Dodatkowym bonusem jest fakt, że po każdorazowej aktualizacji needrestart zostanie uruchomiony samoistnie i podpowie co należy zrobić dalej. Czyli prawie jak na Windowsach. 😉
Czasami zdarza się nam zapomnieć hasła. Nie jest to żaden duży problem jeżeli np. chodzi o konto w usłudze internetowej gdzie zazwyczaj dostępna jest opcja przypomnienia za pomocą adresu e-mail. Jednak inaczej sprawa wygląda gdy zapomnieliśmy hasła administracyjnego, a jeszcze gorzej hasła administratora dla konta root w systemie opartym o jądro Linuxa. No właśnie. Pytanie brzmi jak odzyskać hasło root?
Istnieje sporo metod pozwalających odzyskać takie hasło, a dzisiaj chciałem skupić się na systemie Debian w wersji 9. Pisze o tym ponieważ całkiem niedawno padłem ofiarą własnego gapiostwa i zakładając kilka maszyn wirtualnych pod rząd zdecydowałem, że nie będę zapisywał haseł. Oczywiście przesłałem je użytkownikom ale… niestety w kilku przypadkach z błędem. Mając alternatywę przygotowywania systemów od początku i wizję kolejnych spędzonych bezproduktywnie godzin zdecydowałem się poszperać w sieci, żeby szybko odzyskać, a w zasadzie zmienić hasła.
Po lekturze kliku artykułów w sieci, ze zdziwieniniem odkryłem, że nie będę nawet musiał uruchamiać systemów z płyty instalacyjnej, ale po kolei.
Po pierwsze powinniśmy uruchomić ponownie system i w chwili pojawnienia się menu startowego z wyborem opcji uruchomieniowych zatrzymać rozruch dowolnym klawiszem (nie może to być Enter 🙂 ). Wybierając pierwszą opcje startową należy wcisnąć e aby przejść do edycji linii wywołania jądra systemowego z opcjami.
Po drugie przechodzimy do linii zaczynającej się od słowa linux, pracowicie przesuwamy się na jej koniec i dopisujemy frazę
init=/bin/bash
Po trzecie wciskamy ctrl+x lub F10 aby uruchomić system. W ten sposób wystartujemy w trybie pojedynczego użytkownika z systemem plików zamontowanym w trybie tylko-do-odczytu. Ponieważ chcemy zmienić hasło root zdecydowanie trzeba to zmienić. Wpisujemy zatem polecenie:
mount -o remount /
Po czwarte używamy dobrze znanej komendy (mam taką nadzieję)
passwd
aby zmienić hasło root. Na koniec uruchamiamy ponownie system, jednak tym razem znamy już hasło.
Wiele lat temu miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć ataku na jeden z serwerów Apache, którymi się opiekowałem. Zmiany, które skutkowały przejęciem serwera i rozsyłaniem za jego pomocą spamu pojawiały się każdego dnia a ja usiłowałem bezskutecznie walczyć z nimi. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, żeby po prostu podejrzeć co atakujący zmienia w systemie plików, tak aby można było rozszyfrować na czym polega sama metoda włamania. Ostatecznie, szczerze mówiąc, zostałem pokonany i wszystko skończyło się instalacją od początku serwisu, ale poznałem narzędzie detekcji włamiań działające na poziomie systemu plików jakim jest AIDE – Advanced Intrusion Detection Environment.
Wiele lat później ta wiedza i to narzędzie bardzo mi pomogły w powstrzymaniu jednego z ataków na inny serwer w celu uruchomienia koparki kryptowalut. Myślę, że warto jest korzystać z AIDE, w szczególności na serwerach wystawionych na publiczny dostęp. Zatem do dzieła!
Zaczynamy od instalacji pakietu AIDE, po uprzednim zaktualizowaniu systemu:
apt-get update -y && apt-get upgrade -y
apt-get install aide
Następnie wykonujemy kopie zapasową pliku konfiguracyjnego AIDE:
cp /etc/aide/aide.conf /ect/aide/aide.oryg;
Teraz możemy przejść do edycji pliku konfiguracyjnego, aby poprawić/dostosować niektóre jego ustawienia. Możemy skorzystać na przykład z edytora nano.
nano /etc/aide.conf
W plików tym, na początek, zmieniamy absolutne minimum opcji. Z czasem, po zapoznaniu się z pełnymi możliwościami AIDE możemy pobawić się jego ustawieniami. Trzeba jednak pamiętać, że możemy w ten sposób doprowadzić do przeciążania zasobów serwera ze względu na np. długotrwałą i zbyt szczegółową analizę. Dlatego zaczynamy od absolutnego minimum dla obliczenia sumy kontrolnej:
Checksums = sha512+tiger
I tyle na pierwszy raz wystarczy 🙂 .
Po zapisaniu ustawień możemy zaincjalizować AIDE, co może trochę potrwać w zależności od mocy serwera:
aideinit
Następnie wykonujemy małą sztuczkę upewniając się, że AIDE zadziała z poziomy crona systemowego, czyli:
I to wszystko. Teraz przy odrobinie szczęścia, tzn. jeżeli wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami, będziemy codziennie otrzymywać raport na skrzynkę root z listą zmian w systemie plików w ciągu ostatnich 24 godzin.
Wirtualizacja jest obecnie bardzo modnym i nośnym tematem. Oferta dotycząca rozmaitych wersji maszyn wirtualnych oferowanych w ramach usług dostępnych u dostawców jest olbrzymia. Oprócz możliwości wykupienia takiej usługi – z czego przyznam sam korzystam i mogę polecić np. DigitalOcean – istnieje wiele rozwiązań dla użytkowników końcowych, którzy sami chcą się pobawić w administrowanie. W końcu będzie to zawsze jeszcze jedna ciekawa umiejętność, a jak za chwilę postaram się wyjasnić może przydać się w różnych scenariuszach użycia. Rozwiązania pokroju Oracle Virtualbox, chyba najbardziej popularne i łatwe w utrzymaniu, wprowadzają łagodnie w świat wirtualizacji. Potem z reguły przychodzi kolej na rozwiązania niższego poziomu jak VMware ESXi czy KVM. Mowa tu o korzystaniu z własnych hostów maszyn wirtualnych. Wbrew pozorom nie jest to specjalnie trudne i jeżeli tylko korzystamy ze standardowego sprzętu serwerowego to instalacja np. VMware ESXi jest praktycznie bezbolesna.
W momencie gdy jesteśmy już dumnymi właścicielami małej wirtualnej infrastruktury, nawet jeżeli jest to tylko jeden serwer, możemy rozpocząć budowanie własnej sieci serwerów wirtualnych. Zazwyczaj zaczyna się od jednej jednostki ale apetyt bardzo szybko rośnie w miarę jedzenia i z czasem przybywa nam umiętności, pewności siebie oraz oczywiście nowych węzłów sieciowych. Przenoszenie na platformę wirtualizacyjną serwerów Windows czy Linux jest bardzo łatwe. Naprawdę warto zastanowić się nad tego typu wdrożeniami bo można szybko przekonać się o zaletach rozwiązania. Jednak jak zwykle wraz ze wzrostem apetytu zaczynamy również odkrywać powoli minusy. W moim przypadku był to brak pewnych narzędzi administracyjnych wynikający głównie z korzystania z wersji niekomercyjnej VMware ESXi. Mowa tu o automatycznych kopiach zapasowych maszyn wirtualnych, które byłyby wykonywane w locie, czyli bez zatrzymywania usług.
Krótkie badanie rynku komercyjnych aplikacji do wykonywania kopii zapasowych VMware pokazało, że rozwiązań jest bardzo dużo. Niestety większość ma istotne ograniczenia w wersjach demonstracyjnych. Inne z kolei nie integrują się bezpośrednio z hostem maszyn wirtulanych i wymagają stosowania zewnętrznego komputera z aplikacją. Po jakimś czasie trafiłem w końcu na stronę 33hops.com, gdzie znalazłem ciekawe narzędzie o nazwie xsibackup. Był to strzał w dziesiątke, okazało się bowiem, że istnieje nieodpłatne narzędzie linii poleceń, które pzowala wykonać ręcznie i automatycznie kopie zapasowe.
Na wspomnianej stronie, po podaniu adresu email, możemy pobrać oprogramowanie do instalacji. W wiadomości od producenta otrzymamy również bardzo precyzyjną i szczegółową instrukcję instalacji. Koniec końców cały proces sprowadza się do przygotowania komendy (narzędzia), która pozwoli na zrzucenie ad-hoc kopii maszyn wirtulanych. Ogólnie mówiąc, po zalogowaniu się na konsolę naszego hosta możemy rozpocząć całą zabawę. Poniżej zamieściłem dwa przykłady użycia bazując na własnych doświadczeniach.
Aby sprawdzić poprawność instalacji i wykonać test kopiowania maszyn wirtualnych użyjemy polecenia:
Opcja test-mode=true spowoduje, że żadne kopie nie zostaną uruchomione, ale będziemy mogli przetestować poprawność polecenia. Z kolei backup-type=running mówi, że skopiowane mają zostać wszystkie uruchomione maszyny wirtualne – bez ich zatrzymywania (sic!).
Drugim poleceniem jest już komenda służąca wykonania kopii wybranej maszyny:
./xsibackup --backup-point=/vmfs/volumes/backup / --backup-vms="Nazwa maszyny wirtualnej" / --backup-type=custom
W tym przypadku warto zwrócić uwagę, że ponieważ wskazujemy, którą maszynę wirtualną chcemy skopiować to należy użyć opcji backup-type=custom.
Mam nadzieję, że te dwa przykładowe polecenia zachęcą zainteresowanych do korzystania i używania kopii zapasowych za pomocą xsibackup. W końcu kopie zapasowe to podstawa i nie trzeba chyba tego nikomu powtarzać 😉 .
Rackowe serwery firmy Dell, nawet te z najniższej serii jak Dell PowerEdge R210 II, wyśmienicie nadają się do tworzenia serwisów internetowych. Mam na myśli usługi takie jak WWW czy FTP. Nie są to super wydajne maszyny do obsługi milionów zgłoszeń w ciągu godziny, ale jako hosty dla małych i średnich przedsiębiorstw jak najbardziej znajdą zastosowanie.
Niedawno miałem okazję przygotowywać taki komputer instalując ostatnią wersję Linuxa – Debian Stretch w wersji 9.6. Ponieważ bardzo lubię prostotę i minimalizm dlatego korzystam zazwyczaj z instalacji w wersji sieciowej, tak aby nie zaśmiecać systemu operacyjnego zbędnymi pakietami. Jak nazwa wskazuje aby wszystko udało się bez problemu potrzebna jest sieć, a w zasadzie działająca karta sieciowa, czyli prawidłowo zainstalowany sterownik. Pomimo iż Dell w serwerach R210 raczej na pewno korzysta ze standardowych rozwiązań – czytaj popularnych kart sieciowych (zbudowanych w oparciu o rozpowszechnione chipsety), to jak się okazuje społeczność Debiana tak bardzo dba o używanie otwartych sterowników, że nie zawsze wychodzi to użytkownikom na dobre.
W opisywanym przypadku serwer wyposażony jest w kartę Broadcom NetXtremeII z dwoma interfejsami sieciowymi. Instalacja pozornie przebiega bez problemów. Karty sieciowe są wykrywane poprawnie. Debian korzysta z wbudowanego sterownika (w poprzednich wersjach trzeba było dodawać zenętrzny zamknięty pakiet oprogramowania). Instalator przechodzi do automatycznej konfiguracji przez DHCP i… naszym oczom ukazuje się komunikat o błędzie. Wygląda to tak jakby winne było wszystko, włącznie z serwerem DHCP, tylko nie instalator Debiana. A prawda jest zupełnie inna.
Okazuje się, że kod sterownika dołączonego standardowo do instalatora zawiera błędy. Karta sieciowa działa, ale nie do końca. W tej sytuacji trzeba wspomóc się kilkoma sztuczkami i dodać ręcznie właściwy sterownik.